Jak odnalazłam siebie, moja droga zdrowienia cz. 2

Moja droga, zdrowienia. Dzisiaj pragnę podzielić się z Tobą kolejnymi podjętymi przeze mnie krokami, które pomogły mi wyzdrowieć. Krokami, które sprawiły, że zaczęłam oddychać całą sobą i prawdziwie żyć. Żyć w zgodzie ze wszystkim, co piękne i lekkie, a także tym, co trudne i niewygodne. Żyć przy sobie i może po raz pierwszy w życiu pozwolić sobie na bycie sobą i poznawanie siebie – tej prawdziwej, nieidealnej, a nie tej, którą wcześniej sądziłam, że “powinnam” być.

Wszystko, co znalazło się na mojej drodze, nie było na początku proste, ale było warte wysiłku. Czuję, że pewne z tych wprowadzonych zmian pozostaną we mnie na zawsze. Gdy zobaczyłam, że można żyć inaczej i oddychać pełną piersią, już nigdy więcej nie zgodzę się na półśrodki. Nie zgodzę się na zamiatanie pod dywan, na “przeżywanie z dnia na dzień” zamiast życia. Na udawanie kogoś, kim tak naprawdę w głębi duszy nie jestem.

Jeśli nie przeczytałeś/przeczytałaś poprzedniej części, to serdecznie Cię do tego zapraszam. Wspólnie będą one stanowiły piękne uzupełnienie siebie, ponieważ żaden z podjętych przeze mnie kroków nie jest mniej czy bardziej istotny od innych. Wszystkie stanowią idealne połączenie przeplatających się idei, które doprowadziły mnie do poczucia siebie, w którym teraz jestem.

Jedzenie w towarzystwie moich bliskich

Jedzenie w towarzystwie kogokolwiek przez niezwykle długi czas było dla mnie wręcz niemożliwe. Nie pozwalałam sobie na to. Wstydziłam się tego. Chciałam być w tym sama, bo czułam, że każdy mnie ocenia i brzydzi się mną. Czułam, że i tak nikt nie jest w stanie zrozumieć mnie i tego, co mną kieruje podczas licznych napadów obżarstwa. Tak naprawdę przekładałam swoje lęki na innych. To ja byłam osobą, która najsurowiej oceniała samą siebie, to ja w tamtym momencie brzydziłam się samą sobą. Natomiast gdzieś w głębi duszy pamiętałam, że celebrowanie jedzenia z bliskimi jest czymś wyjątkowym. W dzieciństwie razem z mamą mieliśmy w zwyczaju jeść wspólne posiłki, będąc przy tym w pełni obecnymi. To był nasz czas. Wspominając te chwile czułam jednocześnie ogrom ciepła i strachu. Strachu przed oceną, przed pokazaniem innym swoich słabości i nieulubionych kawałków. A co jeśli inni odkryją, że nie jestem taka idealna i pełna silnej woli, za jaką kiedyś uchodziłam? Aby przełamać się do ponownego zasiadania przy stole z innymi, musiałam zaakceptować swoją nieidealność oraz to, że inni zobaczą to, że ja też się z czymś zmagam, że ja też sobie czasem nie radzę. Nie był to jednorazowy proces, trwał naprawdę długo. Przez jakiś czas miałam wrażenie, że wcale z czasem nie staje się on prostszy. Ale w pewnym momencie się stał, tak po prostu. Jedzenie z innymi przestało być straszne. Stało się na nowo radością, możliwością dzielenia się z innymi miłością. Wspólnego doświadczania smaków i chwil. Aby dojść do tego momentu, uczyłam się najpierw jeść wyłącznie w towarzystwie mamy. Starałam się być w pełni uważna przy każdym posiłku i pamiętać o tym, że jesteśmy w tym razem. W mojej głowie nastąpiła zmiana podejścia. Nie siadałam do stołu, aby się najadać, siadałam do stołu do celebracji jedzenia i wspólnych chwil. Jedzenie było dodatkiem, nie celem samym w sobie.

Gdy prawie trzy lata temu poznałam swojego ówczesnego partnera na początkowych etapach naszej znajomości, wspólne jedzenie ponownie stało się dla mnie niemałym wyzwaniem. Czułam, że musiałam się nauczyć od nowa wszystkiego, co udało mi się nauczyć przy mamie czy znajomych. Spotykałam się wcześniej z wieloma komentarzami na temat porcji, które jem, i w każdej nowej sytuacji musiałam przełamywać swój strach od nowa. Natomiast patrząc na to dziś odegrał w moim procesie zdrowienia ogromną rolę. Akceptował to, ile, jak i o jakich porach jem. Nigdy mnie za to nie skrytykował. Był ciepły i uważny. Podkreślał to, jak kocha oglądając mnie, gdy coś mi smakuje, to gdy razem kosztujemy nowych różnych potraw. Chodziliśmy razem do restauracji, nagrywaliśmy wspólne filmiki na temat miejsc, które odwiedzamy, i wspólnie celebrowaliśmy każdy kęs. Cieszyliśmy się każdą potrawą, rozmawialiśmy o smakach, robiliśmy własne rankingi. Robimy to do dziś.

Dziękuję Ci, Kochanie, że przy Tobie mogłam zmienić swoje spojrzenie na jedzenie, za Twoją obecność, czułość i za całe Twoje wsparcie w moim procesie zdrowienia. Z każdą kolejną wspólnie jedzoną potrawą jedzenie przestawało być kaloriami i demonicznymi cyferkami. Jedzenie stało się częścią naszej miłości. Stało się radością. Nie pozostało we mnie ani odrobiny wstydu związanego z jedzeniem w towarzystwie innych ludzi, a wspólne posiłki traktuję jako dzielenie się miłością i uważnością z drugim człowiekiem. Teraz są wspólną celebracją trwającej chwili i moich relacji.

Codzienna praktyka wdzięczności, medytacja i mindfulness

O tym, jak zaczęła się moja przygoda z medytacją, opowiedziałam więcej we wpisie pt. ,,Moja spowiedź, jak dotknęłam dna”. Od tamtej pory stała się ona nieodłącznym elementem mojego życia, a praktyka wdzięczności stała się moją codziennością. Czymś, co napędza mnie każdego dnia. Dzięki praktykowaniu wdzięczności i uważności znalazłam w sobie siłę na zobaczenie tego, ile już mam, tak na co dzień. Proste rzeczy stały się czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. Każda pojedyncza kropla deszczu, śpiew ptaków, czuły dotyk ukochanej osoby czy widok zachodzącego słońca stały się wchłaniającą miłością. Stały się otaczającymi mnie iskierkami poczucia szczęścia, obfitości i piękna. Zrozumiałam, że każdy dzień niesie za sobą niepowtarzalny dar dla każdego z nas. Jedyne, co musimy zrobić, to zdecydować się go dostrzec i otworzyć się na jego przyjęcie. Każdy z nas może to zrobić, zaczynając już dziś. Jeśli chciałbyś/chciałabyś poznać praktyczne sposoby na wprowadzenie praktyki wdzięczności do swojej codzienności, podziel się ze mną tym w komentarzu. Chętnie napiszę dla Ciebie oddzielny artykuł na ten temat.

Poczucie sensu i misji

Niedługo po wyjściu ze szpitala podjęłam się pracy w wolontariacie, podczas którego organizowałam czas starszym osobom. Rozmawiałam z nimi w pełnej obecności, tańczyłam w naturze, gotowałam dla nich posiłki i po prostu byłam dla nich. Dzięki temu doświadczeniu zrozumiałam, że gdy robię coś dla innych, czuję największy przypływ miłości, inspiracji i połączenia ze sobą. To moja siła napędowa. Moją misją jest dzielenie się z innymi swoją prawdą, swoją radością, swoim ciepłem. Sobą. Po jakimś czasie, gdy odeszłam z tego wolontariatu, czułam pewnego rodzaju pustkę, związana z poczuciem utraty dostępu do niesienia dobra innym. Natomiast później uświadomiłam sobie, że nie muszę pracować jako wolontariuszka czy być psychoterapeutką na pełen etat, aby to odzyskać. I choć mam marzenie, aby w przyszłości moja praca miała bezpośredni związek z niesieniem wsparcia i światła innym, wiem, że mogę realizować swoją misję każdego dnia w małych gestach. Mogę otwarcie komplementować nieznajomych i emanować wobec nich pozytywnym, otwartym nastawieniem. Mogę wspierać moich bliskich najlepiej, jak potrafię. Być otwartą na historie każdej poszczególnej jednostki i jej nie oceniać. Być również tutaj dla Was. Gdy zrozumiemy, co jest naszą misją, możemy zacząć od małych codziennych kroków. Bądźmy w nich wytrwali. Nie musimy zakładać od razu związanej z naszą misją firmy, wystarczy, że będziemy otwarci na jej realizację poprzez małe gesty. Do których ma dostęp każdy z nas, w każdym momencie. Wystarczy się rozejrzeć, a możliwości pojawiają się w niezliczonej ilości.

A jak Ty już dziś możesz wykonać mały krok związany z Twoją życiową misją?

Co sprawia, że czujesz, jakbyś dostawał/dostawała skrzydeł?

Profesjonalna pomoc terapeutyczna

Długo chciałam poradzić sobie sama. Tak naprawdę przez większość życia najchętniej wszystko robiłam sama, tak aby nikogo nie angażować w swoje zmagania. Przez długi czas wzbraniałam się przed pójściem na psychoterapię i otwarciem się na otrzymanie profesjonalnego wsparcia. Teraz wiem, że niezależnie od etapu naszej drogi zdrowienia takowe wsparcie jest niezbędne. Nie ma znaczenia, ile wiedzy posiądziesz na temat danego zagadnienia, nie ma znaczenia, ile rzeczy jesteś w stanie przepracować sam/sama. Nie jesteś w stanie zawsze wyłapać złożoności wypowiedzianych przez Ciebie słów, gdy opowiadasz o pewnych zdarzeniach. Będąc w środku swoich zmagań często nie widzisz pełnego obrazu. Tego obrazu, który może zostać dostrzeżony z dystansu. Dlatego, aby uświadomić sobie pewne kwestie, odkryć swoje lęki czy ukryte schematy, potrzebujesz specjalisty, który wspomoże Cię w tym procesie i da Ci wgląd w to, czego wcześniej nie dostrzegałeś/dostrzegałaś.

Zrozumienie, że w problemie nigdy nie chodziło o jedzenie

Do momentu, w którym skupiałam się wyłącznie na wprowadzaniu zmian wokół jedzenia, nie czułam, żeby cokolwiek się transformowało na lepsze. Tak naprawdę, to czułam się jeszcze gorzej, czułam ogromną bezsilność. Działo się tak, dlatego że jedzenie służyło mi jako przykrywka do moich prawdziwych zmagań i nieprzepracowanych tematów. Zamiast prawdziwie skonfrontować się z moimi trudnymi emocjami, udawałam się do innego świata, odwracając na jakiś czas swoją uwagę od tego, co niewygodne. Te nieprzepracowane i nieprzeżyte emocje nieustannie wołały o moją uwagę. Gdy zauważyłam ten schemat, wiedziałam, że nie potrzebuję iść do kolejnego dietetyka czy psychodietetyka. To, czego potrzebowałam, sprowadzało się do przeżycia tego, co wcześniej próbowałam zakopać. Po przeżyciu tego, co nieprzeżyte, po zaprzestaniu blokowania w sobie niewygodnych emocji, nie czułam dłużej potrzeby uciekania do świata jedzenia.

Zerwanie z podejściem “wszystko albo nic”

Moje podejście “wszystko albo nic” zdawało się w pewnych obszarach pomocne, natomiast gdy przyjrzałam się temu dokładniej, zdałam sobie sprawę, z tego jak niezwykle ograniczające było. Podchodząc do życia w taki sposób, nakładałam na siebie ogromną presję, a także często nie robiłam czegoś zupełnie tylko dlatego, że nie miałam warunków, aby robić to na 100%. Czyli w moim odczuciu perfekcyjnie, bez możliwości potknięcia się czy momentu zwątpienia. Schemat ten dalej pojawia się w pewnych moich życiowych obszarach. Natomiast dziś go widzę, obserwuję i powoli świadomie pozwalam mu odejść.

Zaprzestanie ważenia się

Przez niespełna trzy lata pierwszą rzeczą, którą robiłam po wstaniu z łóżka, było pójście na wagę. To, co na niej zobaczyłam, dyktowało mi na dany dzień to, jak będę czuć się z samą sobą. Aby zacząć patrzeć na siebie ponownie jak na człowieka, a nie cyferki, musiałam podjąć decyzję o zaprzestaniu ważenia się. Musiałam świadomie zdecydować, że już nigdy więcej nie chcę się wartościować siebie poprzez wyświetloną na wadze liczbę. Podjęłam tę decyzję z dnia na dzień i dziś jestem sobie za to niezmiernie wdzięczna. Dziś już wiem, że moje ciało to dużo więcej niż cyferki. Moje ciało to mój dom.

Świadomy wybór ludzi, którymi się otaczam

W tym czasie zrozumiałam, jak istotne jest to, jakimi ludźmi otaczam się na co dzień. Zrozumiałam, że to do mnie należy wybór. Postanowiłam, że już nigdy nie będę wchodzić w relacje, w których nie mogę być w pełni sobą, w relacje, w których nie czuję się akceptowana, szanowana i doceniana. Dzięki zawarciu wraz ze sobą paktu i zrozumieniu tego, jakich relacji i ludzi chciałabym w swoim życiu doświadczać, odnalazłam na swojej drodze przeznaczone mi osoby. Postanowiłam być z nimi w pełni sobą, jak i pełną sobą. Mam teraz w swoim życiu swojego wymarzonego mężczyznę, z którym planuję dzielić resztę życia. Mężczyznę, przy którym z każdym dniem moje motylkowe skrzydła stają się coraz bardziej rozłożyste i silne, a ja czuję się zaopiekowana i otoczona ogromem miłości. Mam wokół siebie wspaniałe, inspirujące, ciepłe, pełne życiowej mądrości i piękna kobiety. Kobiety, z którymi mogę wzajemnie się wspierać i inspirować. Mam cudowną relację z moją mamą, która wygląda tak, jak zawsze marzyłam. Teraz jestem jej dorosłą córką. Na mojej drodze wciąż pojawiają się wspaniałe dusze, a ja wreszcie zaakceptowałam to, że nie muszę dogadywać się z każdym. Jedyne, co muszę, to być w tym wszystkim sobą i dbać o relacje z cudownymi istotami, które na moją drogę sprowadził wszechświat. Dziękuję Wam wszystkim, że jesteście.


Dziękuję również za Twoją obecność. To dla mnie ogromny dar, że mogę podzielić się z Tobą swoją prawdą. Że mogę być towarzyszką na Twojej drodze i być tutaj dla Ciebie. Dziękuję, że jesteś.

Pragnę Ci życzyć odwagi, miłości do siebie i innych, oraz wewnętrznej siły, abyś mógł/mogła stawić czoła swoim własnym wyzwaniom. Wiedz, że zawsze jesteś wspierany/wspierana i że zawsze masz siłę, aby zmienić swoje życie. Bądź dumny/dumna z siebie, ze swoich osiągnięć, nawet tych najmniejszych. Każdy wykonany przez Ciebie krok naprzód jest sukcesem, za który możesz się docenić już dziś.

Czy jest jakiś krok, który potrzebujesz teraz podjąć na swojej drodze?


Jeśli odczuwasz chęć podzielenia się przemyśleniami, które do Ciebie przyszły, zapraszam Cię do napisania komentarza bądź prywatnej wiadomości do mnie.

Ściskam Cię mocno i przesyłam ogrom miłości na cały dzisiejszy dzień,
Ola

Powiązane wpisy

Komentarze