Moja spowiedź, jak straciłam kontrolę

Moja historia zaburzeń odżywiania. Od poczucia bycia niewystarczająco dobrą, chęci zdrowszego trybu życia, przez ortoreksję, anoreksję, kompulsywne objadanie się, aż po depresję. Część 2. 

W dzisiejszym dniu pragnę podzielić się z Tobą dalszą częścią mojej historii choroby zaburzeń odżywiania, która zaczęła się prawie pięć lat temu. Jeśli nie przeczytałeś/przeczytałaś jeszcze pierwszej części serdecznie Cię zapraszam do zatrzymania się na chwilę, powrotu do niej, a następnie zagoszczenia tutaj.

Jest to historia o: 

Poczuciu bycia niewystarczająco dobrą w każdym możliwym aspekcie. 

Potrzebie kontroli w celu zapewnienia sobie „bezpieczeństwa”. 

Zaślepieniu. 

Byciu swoim osobistym katem. 

Ciągłym myśleniu o jedzeniu. 

Obsesji. 

Zamknięciu się przed światem. 

Zagrożeniu życia. 

Utracie kontroli. 

Bezsilności. 

Aż wreszcie historia o: 

Wybraniu życia.

 Zaufaniu. 

Odzyskaniu siebie. 

Oddaniu kontroli. 

MIŁOŚCI. 

ETAP 5 – Wychodzenie z anoreksji i początki foto modelingu

Teraz jestem w stanie przyznać sama przed sobą, że był to moment pozornie wyjątkowo przyjemny. Wydawał się niegroźny. Oczywiście pozwalanie sobie na większe ilości jedzenia nie było początkowo dla mnie łatwym procesem – ale jak już wspomniałam, nie widziałam innego wyjścia. Nie byłam w stanie zawieść mamy. Powolutku zaczynałam jeść coraz więcej, czasami nawet pozwalać sobie na produkty, które wcześniej były „niedozwolone”. Nabrałam przekonania, że nawet jedząc więcej mogę dalej bardzo sprawnie kontrolować sytuację. Dalej liczyłam kalorie, jednak jadłam więcej, więc powoli nabierałam sił, a mój organizm się „odbudowywał”. Było to wówczas około 1400 kalorii. Podczas tego czasu nie przybrałam na wadze zbyt wiele, więc doszłam do wniosku, że może większe ilości jedzenia nie są aż tak straszne. Pozwoliłam, sobie jeść więcej, jednocześnie trzymając się kurczowo swojego poczucia kontroli. Taki stan trwał około trzech miesięcy, podczas których przytyłam około sześciu kg. 

Był to również czas, w którym zaczęłam swoją przygodę z fotomodelingiem – nie patrzyłam na to jak na moją przyszłą pracę, bardziej jak na zabawę. Odskocznię od tematu jedzenia. Było to coś nowego, czego na tamten czas było mi potrzeba. Chciałam oddać się czemuś nowemu – pewnie także po to, aby uciec od tematu jedzenia, udając, że problem został już rozwiązany i go nie ma – przecież już „normalnie” funkcjonowałam. Robiłam wtedy około jednej/dwóch sesji tygodniowo i zaczęłam publikować na Instagramie zdjęcia ze zrealizowanych sesji. Budowałam na tym swoje poczucie wartości jako młoda dziewczyna. Podobało mi się to, że inni się mogą mną zachwycać. Miałam wrażenie, że do czegoś się nadaje (i nie jest tym tylko odchudzanie, czy „zdrowy” styl życia). 

Ja w centrum uwagi. 

Ja kontrolująca. 

Reflektory na mnie. 

Tysiące polubień pod zdjęciami. 

Dziesiątki wiadomości dziennie od zauroczonych mną mężczyzn na Instagramie. 

ETAP 6 – Gdy kontrola puszcza, a okazuje się, że to jedyne, co znałaś i w czym czułaś się bezpiecznie

Powoli zaczęłam jeść coraz więcej i więcej. Następnie zaczęłam pozwalać sobie na jedzenie wszystkich rzeczy, które wcześniej były „niedozwolone”. 

A później zaczęło się piekło. Straciłam kontrolę. Myślałam, że najgorsze za mną, a okazało się, że najgorsze przede mną. Hamulce puściły, a ja wpadłam w kompulsywne objadanie się, tracąc przy tym panowanie nad sobą otaczającym mnie światem, swoim wyglądem i samopoczuciem. Nie umiałam się kontrolować, a na tamten moment mój brak kontroli równał się z powolną wewnętrzną śmiercią. Śmiercią mojej tożsamości, poczucia własnej wartości, przynależności, samoakceptacji, wiary w siebie, motywacji do życia. Wszystkie te jakości powstały na bardzo kruchych fundamentach KONTROLI. Gdy kontrola odeszła, odeszły i one. 

Wstyd. 

Chowanie jedzenia. 

Bezsilność. 

Nienawiść do samej siebie. 

Jedzenie do utraty sił. 

Zaczęło się od jednego napadu tygodniowo, natomiast w bardzo szybkim tempie ich częstotliwość rosła. Po jakimś czasie stało się to moją codziennością. Wpadłam w błędne koło, do którego sama siebie wsadzałam każdego dnia przez kolejne miesiące i lata mojego życia. 

Jak wyglądał wtedy mój napad objadania się? 

Zazwyczaj zaczynało się niewinne. Szłam do kuchni i przygotowywałam sobie coś do jedzenia. Byłam głodna bądź po prostu miałam na coś konkretnego ochotę. Wszystko było możliwe do zrealizowania, gdy nikogo nie było w domu. Mieszkałam wówczas tylko z mamą, także często bywałam w domu sama. Wykorzystywałam nawet momenty, w których mama wyprowadzała psy na spacer. 

Przygotowywałam jedną tortillę wszystko dokładnie, odmierzając i wpisując do aplikacji. 

Zabierałam do pokoju i jadłam. 

Stwierdzam, że nie jestem usatysfakcjonowana tym posiłkiem. 

Szłam do kuchni w celu przygotowania kolejnych dwóch, które wówczas miały zaspokoić moje potrzeby. 

Jadłam, wpisując wszystko do aplikacji. 

Orientowałam się, że miały na tyle dużo kalorii, że prawdopodobnie nie będę w stanie zmieścić się w mojej dopuszczalnej puli kalorii do końca dnia. 

W mojej głowie wówczas pojawiały się takie myśli: 

Przegrałaś. Znowu. 

Do niczego się nie nadajesz. 

Jesteś grubą, obrzydliwą świnią, która nie potrafi się kontrolować. 

Nienawidzę Cię. 

Nie zasługujesz na nic dobrego. 

Skoro już wszystko dzisiaj spieprzyłaś, to nażryj się do utraty sił. 

To jedyne, do czego się nadajesz. 

Jadłam.

Jadłam.

Jadłam. Wszystko, co było na wyciągnięcie ręki. Czekolady, chleb, batony, spody do pizzy, pasty kanapkowe, a nawet nierozmrożoną pizzę.

Do utraty sił. 

Do skręcania się z bólu.

Do momentu, w którym byłam zamroczona. 

Nie wiedziałam, co robię. 

Istniała na tamten moment tylko dłoń wpychająca do mojej buzi kolejne kawałki jedzenia. 

Niczego innego nie było. 

Wszystko inne było nieważne. 

Nie potrafiłam przestać, hamulce puszczały. 

Wymierzałam sobie samą karę. 

Karę, za bycie nieposłuszną i niekontrolującą się dziewczynką. 

Gdy nadchodził moment, w którym przestawałam móc dalej żuć, a oddech stawał się ciężki powoli staczałam się na podłogę i płakałam. I płakałam. Kolejne godziny spędzałam w pokoju, patrząc się w sufit, nie ruszając się z bólu, który ogarniał całe moje ciało. Bałam się, że każdy wykonany ruch sprawi, że mój żołądek eksploduje. Rozmyślałam nad planem kompensacji tego, co zrobiłam. Rozpisywałam plan żywieniowy na kolejny tydzień, tak aby móc jakoś odpracować swoje wykroczenie. Robiłam rozpiskę każdego pojedynczego posiłku na nadchodzace kilka dni, wpisując wszytsko przy tym do aplikacji. Próbując przy tym skontrolować każdą kalorię, jaką pozwolę sobie spożyć. Tworzyłam plan zakupowy, aby nie zabrakło niczego do przygotowania moich zaplanowanych posiłków oraz rozpiskę treningową. W pewnym momencie stało się to moją codziennością.

Gdy coś w kuchni nie poszło, tak jak chciałam (np. żółtko w jajku sadzonym się rozbiło przy wybijaniu go na patelnię) potrafiłam wpaść w furię i rzucać patelniami i innymi przedmiotami, krzycząc przy tym na mamę. Każde najmniejsze potknięcie było kolejną małą śmiercią mojego poczucia wartości i szacunku do samej siebie. 

Na tym etapie moja ilość propozycji współpracy foto modelingowej znacznie malała. Usłyszałam wówczas od kilku osób, że jestem już za gruba na fotomodeling (ważyłam wtedy około 50 kg). Moja twarz „była na tyle duża, że nie mieściła się w obiektywie”. To był dla mnie ogromny cios. 

Ta historia pokazała mi również zupełnie nową perspektywę na platformę, jaką jest Instagram. Dzięki niej do dziś, jestem w stanie korzystać z niego z przymrużeniem oka, pamiętając o tym, że często to, co widzimy jest tylko wyidealizowanym obrazem życia poszczególnych osób. Niby to takie oczywiste, ale często wiele osób nawet mając to z tyłu głowy bardzo często o tym zapomina i porównuje się do innych. 

Gdy już przestałam robić sesje, miałam jeszcze na tyle dużo zdjęć z wcześniej zrealizowanych sesji, że mogłam wstawiać je regularnie na Instagrama. Zapłakana, opuchnięta, z bolącym i wzdętym brzuchem nienawidząca każdy kawałek swojego ciała nastoletnia dziewczyna wstawiająca wyidealizowane zdjęcia, na których udaje, że jej życie jest spełnieniem marzeń. Paradoks dzisiejszego świata internetu. To była również dla mnie lekcja tego, że nigdy nie wiemy, co obecnie wydarza się w życiu drugiej osoby. Nie oceniajmy ludzi, po ich zewnętrznej formie, z którą prezentują się na zewnątrz. Bądźmy uważni i życzliwi dla drugiego człowieka. Prawdę mówiąc, możemy sobie nawet nie zdawać sprawy z tego, przez co przechodzi w danym momencie. A może to najtrudniejszy moment, z którym miał okazję się zmierzyć, tylko jeszcze nie jest gotów się do tego przyznać przed samym sobą, a tym bardziej przed otaczającym światem? Czy nam to oceniać? Spójrzmy proszę dziś na siebie z miłością i wyrozumiałością. 

ETAP 7 – Wszytsko jest bez sensu, oddycham, ale w środku nie żyję

Przestałam sypiać z natłoku myśli. 

Tyłam w zatrważającym tempie.

Moje ciało było całe opuchnięte, zmęczone i błagało o miłość. 

Straciłam jakiekolwiek chęci do życia. 

Zapomniałam o wszystkim, co wcześniej mnie cieszyło. 

Moje serce zrobiło się puste, a ja przestałam widzieć sens. 

Zachorowałam na depresję, a napady stały się moją codziennością. 

Zaczęłam farmakoterapię. 

Kolejne trzy miesiące spędziłam w swoim pokoju, zamknięta przed światem, ucząc się funkcjonować w swojej „nowej” rzeczywistości, o czym opowiem w kolejnej części.

Tymczasem dziękuję za Twoją obecność. Jeśli odczuwasz chęć podzielenia się przemyśleniami, które do Ciebie przyszły, zapraszam Cię do napisania komentarza bądź prywatnej wiadomości do mnie. 

Ściskam Cię mocno i przesyłam ogrom miłości, 

Ola

Powiązane wpisy

Komentarze