Ciągłe bycie w procesie. Czy czujesz się zepsuty?

Pragnę się dziś podzielić moim osobistym spojrzeniem na temat ciągłego bycia w procesie, co ostatnio zaczęło mi się kojarzyć z nieustanną potrzebą naprawiania siebie i otaczającej Cię rzeczywistości. Na przestrzeni doświadczeń z ostatnich lat swojego życia przyglądałam się procesom, przez które przechodzę, z ogromną ciekawością. Natomiast po czasie zauważyłam, że pomiędzy uzdrawianiem ran z przeszłości, a uzależnieniem od ciągłego grzebania w sobie, może być naprawdę niezwykle cienka granica. Tylko gdzie ona jest?

Nie ukrywam, że chciałabym znać i dać Tobie i sobie jednoznaczną odpowiedź na to pytanie, ale czy ta odpowiedź istnieje? Myślę, że każdy z nas ma swoją własną granicę, której przekroczenie powinien zdefiniować sobie sam. Eksplorując samego i samą siebie.

Pozostawiam te rozważania otwarte. Dla siebie i dla Ciebie. Ten tekst nie ma wcześniej stworzonego konspektu, ani zamysłu. Będzie dojrzewał tutaj wraz ze mną. W tej przestrzeni pragnę Cię zaprosić do wspólnej eksploracji, do przejrzenia się w moich historiach i do rozpoczęcia szukania odpowiedzi na pytania:

Czy i dlaczego czuję potrzebę ciągłego “naprawiania” siebie?

Czy ja jestem zepsuty/zepsuta?

Czy mi to ciągłe grzebanie w sobie coś zapewnia? Czym to jest?

Jaką część swojego aktualnego życia przeznaczam na leczenie dawnych ran i zdobywanie wiedzy, która ma mnie w tym wspomóc?

Czy żyję w przeszłości, czy w teraźniejszości?

Czy jesteśmy zepsuci, aby siebie naprawiać? Niektórzy nazywają to naprawianiem, a inni stawaniem się lepszą wersją siebie.

Ja również przez długi czas nazywałam to stawaniem się lepszą wersją siebie – natomiast ostatnia rozmowa z moim partnerem uświadomiła mi, że pod tym stwierdzeniem wciąż kryje się “stawanie się lepszym” – inna nazwa na ulepszanie czy naprawianie i zmienianie czegoś, co jest w nas nie tak.

Przez ostatnie kilka dni bardzo wiele myślałam nad tym, jak mogłabym to przetransformować w swojej głowie, aby nie zakorzeniać jeszcze mocniej we mnie poczucia tego, że pragnę zmiany, tylko dlatego, że nie akceptuję całości siebie w tu i teraz.

Zrozumiałam, że w uzdrawianiu swoich ran nie chodzi już dłużej o samonaprawianie się.

To ściąganie z siebie kolejnych warstw, tak aby dostać się do naszej najprawdziwszej wersji. Każda z tych warstw nie jest ani gorsza, ani lepsza. Każda z nich jest częścią nas. Przedostając się przez kolejne warstwy, jakimi mogą być:

  • Przekonania rodzinne
  • Oczekiwania społeczne
  • Chciwe ego

Schodzimy głębiej, do siebie.

W zaglądaniu w głąb siebie nie powinno chodzić o odrzucanie siebie w ciągłym poczuciu bycia niewystarczająco dobrym/dobrą. Dzięki przedostawaniu się przez kolejne warstwy, możemy zobaczyć tę najgłębiej w nas i odkryć to, kim byliśmy, zanim świat powiedział nam, kim mamy być.

To jest moja nowa definicja prawdziwego zdrowienia. A jaka jest Twoja? Jaka jest Twoja prawdziwa motywacja zaglądania w głąb siebie?

Co Ci to ciągłe grzebanie w sobie zapewnia?

Mi osobiście zapewnia poczucie pozornej kontroli. Gdy odeszłam od swojego uzależnienia kontrolowania życia i emocji za pomocą jedzenia, udałam się gdzieś indziej w poszukiwaniu kontroli. Pomimo tego, że teraz dzieję się to we mnie na dużo bardziej świadomym poziomie, to dalej chęć kontroli czasem przejmuje stery. Tylko w innych obszarach. Jak się to objawia w procesie uzdrawiania i pracy nad sobą? Odczuwam ciągłą potrzebę wiedzenia, skąd pojawia się we mnie dana emocja czy odczucie. Skąd ona dokładnie jest, z jaką sytuacją z przeszłości się wiąże. Czy to przydatne informacje? Oczywiście, że tak. Ale czy potrzebujemy ich przy każdej najmniejszej codziennej sytuacji? Myślę, że nie.

Czy zdrowe jest rozgrzebywanie w sobie wszystkiego i utożsamianie się z każdą emocją, która się w Tobie pojawia?

Rok temu, wracając z pracy, napisałam spontaniczną notatkę na telefonie na ten temat. Chciałabym podzielić się z Tobą jej fragmentem.

Październikowy wieczór. Właśnie skończyłam swoją piątkową zmianę w restauracji. Dostaję wiadomość, że u jednej z moich ukochanych osób wydarza się coś trudnego. Dzwonię. Słyszę od mojego zaniepokojonego Aniołka ,,Olu, czuję, że coś się we mnie dzieje… ale nigdy się tak nie czułam. Nie rozumiem tego, to takie obezwładniające. Przecież ja zawsze jestem w stanie nazwać to, co się we mnie wydarza. A to jest takie ,nieznane’. Przez chwilę nie wiem, co powiedzieć. Wiem, że nie muszę nic mówić. Mogę po prostu być. Ale w pewnym momencie, dostrzegam w tym siebie i zaczynam dostrzegać coś, czego wcześniej nie widziałam.

Moja potrzeba kontroli zaczęła się od jedzenia, obsesyjnego planowania, nadmiernej produktywności. Zaczęłam to zauważać i od tamtej pory potrafię już często złapać się na tym i zreflektować, że wpadam w dawny schemat, który więcej już mi nie służy. Wiem, że już dalej nie jest mi potrzebny.

Ale dlaczego nie zauważyłam tego w pracy z emocjami, które przeżywam? Dlaczego chcę zawsze nazwać to, co się we mnie wydarza? Dlaczego muszę wiedzieć, skąd ta konkretna emocja się wzięła? Bo nie pozwalam im, żeby one były takie, jakimi są. Bo chcę cały czas się naprawiać, myśląc podświadomie, że jestem zepsuta. Bo chcę zrobić z nich projekt, omówić i przeanalizować każdy detal. Aby je potem obnażyć i powiedzieć im „WON, już Cię nie potrzebuję. Rozgryzłam Cię. Idziemy dalej.”

A może czasem jest tak, że nie musimy od razu wiedzieć, co dokładnie się w nas dzieje? Może emocje to wcale nie jest projekt? Może emocje to „człowiek”, z którym chcemy zbudować jakąś wartościową relację?

Pomyśl o tym w ten sposób… Spotykasz się z nieznajomą osobą, Co wybierzesz, żeby spróbować zbudować z nią wartościową relację? Ocenianie? Czy przyglądanie się i uważne słuchanie? Dasz jej dojść do głosu, czy zaczniesz ją „rozgryzać” i próbować dowiedzieć się od razu wszystkiego? Jeśli Ci się nie spodoba, to wygonisz ją po chwili z krzykiem, czy postanowisz dać jej się przedstawić i pokazać różne jej strony i odcienie?

Nie musisz się z nią zgadzać, nie musisz się utożsamiać z tym, co do Ciebie mówi. Nie musisz jej darzyć miłością. Nie musisz jej nawet lubić. Ale daj jej coś powiedzieć, Daj jej trochę czasu. To nie projekt do zrealizowania z terminem na teraz.

Ta eMOCja to Twoja siła. Ona jest dla Ciebie. Po prostu daj jej być. Nie musisz jeszcze wiedzieć dokładnie po co do Ciebie przyszła. Ale kiedyś jeszcze podziękujesz, że odwiedziła Cię i pokazała to, co pozwoli Ci być bliżej. Bliżej siebie. Bo blisko przy sobie To najlepiej na świecie.

Wcześniej tego nie widziałam, natomiast teraz dostrzegłam, że za całą tą kontrolą stoi ta sama potrzeba ciągłego rozgryzania, rozgrzebywania dawnych ran. W celu naprawienia i ulepszenia siebie. A może nie potrzebuję się naprawiać i uleczać, a po prostu widzieć siebie w całości?

Jaką część swojego życia przeznaczasz na zgłębianie wiedzy na temat “uzdrawiania”?

Na początku roku uświadomiłam sobie, że jedyne książki jakie czytałam przez ostatnie trzy lata – a czytanie towarzyszy mi na co dzień, były książkami o tematyce samorozwoju i psychologii. Dotyczyło to również podcastów, filmów czy śledzonych przeze mnie kont na portalach społecznościowych. Przestałam widzieć wartość w konsumowaniu treści o tematyce innej, niż taka, która mogłaby polepszyć moje życie, moje relacje i mnie samą. Zanim się obejrzałam, zaczęłam traktować spożywanie pozostałych treści jako marnowanie swojego czasu. Czułam się w pewien sposób bardziej wartościowa czytając książkę, która może coś w moim życiu usprawnić bądź poprawić, niż czytając coś, co po prostu sprawia mi przyjemność, pobudza moją wyobraźnie i eksporuje nowe. Wpadłam w związku z tym w pewną pułapkę. Na jakiś czas zapomniałam o tym, że wcale nie muszę nieustannie stawać się “lepsza”. Postanowiłam wówczas, że przynajmniej jedna na pięć książek, podcastów i filmów musi mieć tematykę inną niż samo rozwojową. Przyznam, że bardzo mi to pomogło i wniosło wówczas wiele lekkości do mojej codzienności. Niestety w ostatnich miesiącach zapomniałam o umowie, którą wcześniej sama ze sobą zawarłam. Pisząc dziś ten tekst dla Ciebie, jak i również dla siebie – mogę przejrzeć się w tym na nowo i zauważyć, że na przestrzeni ostatnich miesięcy powróciłam do dawnej strategii. 

Pozostawiam Cię ze swoimi rozważaniami i pytaniami, które mogą Cię zaprowadzić do wielkich odkryć:

Jaka jest Twoja motywacja do pracy nad sobą?

Czy naprawdę musisz być nieustannie lepszy/lepsza, czy może już jesteś wystarczająco dobra?

Może czas odpuścić kontrolę, zaufać sobie i pozwolić sobie być całkowicie obecną w teraźniejszym momencie. Bycie w procesie to nieustanny ruch, a być może prawdziwe uzdrowienie leży w akceptacji tego płynnego ruchu, zamiast w ciągłej sprawowaniu nad nim kontroli i dążeniu do doskonałości.

Dziękuje za Twoją obecność i czas. Zapraszam Cię do refleksji nad poruszonym przeze mnie tematem.  Jeśli odczuwasz chęć podzielenia się przemyśleniami, które do Ciebie przyszły, będzie mi niezmiernie miło, jeśli napiszesz komentarz bądź prywatną wiadomość do mnie.

Ściskam Cię czule i przesyłam ogrom miłości,

Ola

Powiązane wpisy

Komentarze