Natalia de Barbaro:  Nie trzeba żyć bitewnie. Zabawa też może okazać się drogą do wewnętrznej wolności

Ile razy trzymałyśmy łuk, napinałyśmy i strzelałyśmy do celu, czując gdzieś w trzewiach, że to nie nasza dyscyplina. A może było całkiem nieźle, przywykłyśmy, a nawet nam się podobało, choć przecież nigdy nie pytano, jaką tarczę chcemy przed sobą postawić. A Ty jaki miałaś wybór? Czy zamiast łuku brałaś czasami do ręki krosna, kolorowe nitki i zaczynałaś tkać. Kim jesteśmy, jakie mamy potrzeby, jaka energia nami kieruje. Czy czujemy wewnętrzną wolność, a może jesteśmy znieruchomiałe, choć w ciągłym ruchu. – Jak się ma twoja wewnętrzna Dziewczynka? A może dawno jej nie słuchałaś, nie pytałaś o nic – mówi Natalia de Barbaro, psycholożka, felietonistka, autorka między innymi „Czułej przewodniczki” i „Przędzy”

– Czym jest w twoim życiu Dzień Deszczówki. I o czym jest historia zbierania kropel? 

– Jest o pójściu pod prąd. Pod prąd i przeciw jednemu z najsilniejszych założeń, na których opiera się nasza codzienność na tej szerokości geograficznej świata, w której przyszło nam się urodzić. Zresztą dzisiaj w Polsce wizja kobiety, która ma odpowiadać za wszystko – pracować, „ogarniać” rodzinę, samopoczucie wszystkich, którzy są wokół niej, jest dalej powszechna. Co za ironia, że ciągle jeszcze bywa przy tym nazywana „słabą płcią”! Równocześnie powszechna jest wiara, że pośpiech jest wartością (na szczęście powoli się to zmienia). Zarobioność, zajętość czyni nas Kimś Ważnym, a zasada im więcej mam pracy, tym jestem wartościowsza, staje się naczelną. Jestem zarobiona i tym gorliwiej chcę więcej, szybciej i dalej. Kierunek zdaje się jasno i niepodważalnie wytyczony od lat. Tyle, że ja nie chciałam już więcej, szybciej, dalej. Nie zamierzałam tam podążać i czułam że nie jestem jedyna; coraz więcej spotykałam kobiet, które marzyły by zwolnić, bojąc się równocześnie ryzyka rozpoczęcia życia w oparciu o inny, niż ten dobrze znany paradygmat. Do praktyki Dnia Deszczówki zainspirowała mnie mama, która jest terapeutką, ale w środy nie przyjmuje. I ja postanowiłam zrobić sobie dzień, w którym nie ma agendy. Pamiętam jak w dzieciństwie w domku letniskowym moja babcia czasami podczas deszczu wystawiała miskę na taras – mówiła, że deszczówka jest najzdrowsza – no i sama się zbiera. W tym Dniu Deszczówki tak samo – coś się wydarza, coś się kumuluje, w rytmie niezależnym ode mnie. To czas, kiedy słucham piosenek, które lubię, oglądam serial, idę do second handu połazić między wieszakami, albo siedzę i patrzę przez okno. W tej pozornie pustej przestrzeni, kiedy wydarza się zaledwie życie, mogę poczuć siebie, mogę dać sobie przestrzeń regeneracji.

– Bo mniej znaczy mniej, jak mówisz?

– I nic więcej. Nie wiem czy tak masz, ale kiedy przechodzi mi to przesz usta, od razu czuję tę część siebie, która pyta: Serio? Jak to mniej? Tak, Członkowie Wewnętrznej Surowej Komisji zawsze są na posterunku gotowi wygłosić swoje uwagi krytyczne. W świecie rushmagedonu, słowo „mniej” nie istnieje, nie przystoi – energia zawsze jest wychylona w kierunku aktywności.

– Mitologia bycia niezbędną nas karmi?

– Karmi pustymi kaloriami, obietnicami i czasami nawet wydaje nam się, że konstytuuje w tym świecie. Ale kiedy pomyślisz o ludziach, których podziwiasz, to nie są to ci, którzy biegli najszybciej, nie licząc oczywiście Justyny Kowalczyk. Spotkałam wiele kobiet, które wieczorem robią sobie litanię, składającą się z wyrzutów sumienia: tego za mało, tu za słabo, tam nie docisnęłam. Też się daję na to jeszcze złapać. Ale też staram się być w kontakcie z taką wewnętrzną strukturą, którą w „Czułej Przewodniczce” nazwałam „Dziką Dziewczynką”. Ona nie potrzebuje się spieszyć. Od tej struktury uczę się lekkości, radości, odzyskuję ją. Czasami przez wiele lat o tej Dziewczynce zapominamy. Kobiety, które przyjeżdżają do mnie na warsztaty często mówią: Przyjechałam tu spotkać się z tą, którą zgubiłam, której odebrałam głos.

– Bo dobrze mi było w rushmagedonie, bo wolałam strzelać z łuku?

– Są kobiety, które bardzo dobrze czują się w energii celowania, spełniają się poprzez wykonywanie zadań, są napięte i gotowe do realizacji kolejnego projektu. Oczywiście wciąż pozostaje pytanie, kto im te zadania ustalił, skąd biorą listę? Bo jeśli mam naturę łuczniczki a nie tkaczki i spełniam się w mierzeniu do celu, kluczowa jest odpowiedź, kto zdecydował, że akurat do tej tarczy? I jeśli się okazuje, że ja, wszystko pozostaje we względnym porządku. Można w tej energii odnaleźć coś, co napełnia, pozwala się rozwijać, iść do przodu, trafiać coraz celniej czy dalej. Gorzej, kiedy się nie zatrzymuję, bo się boję, bo ogarnia mnie strach, że kiedy przysiądę i zacznę sobie tkać, bawić się kolorami, świat mnie odrzuci. Jeśli to, co nas napędza płynie ze strachu nie karmi nas naprawdę.

– Nikt nas też chyba nie pytał czy chcemy trzymać łuk czy wolimy dostać krosno.

– Dlatego kiedy na warsztatach proszę kobiety o stworzenie autoportretu, często widzę, jak nagle odzywa się ta ich schowana część, pojawia się ktoś, kogo dawno nie było, kogo nie słuchały. Ale też wierzę, że nasze „ja”, czymkolwiek jest, chce zostać wyrażone.

– Kim jesteśmy w środku. Czy w tym zwróceniu się do siebie i w zmianie kierunku, nie ma obawy przed piwnicami, miejscami ciemnymi, do których niechętnie się schodzi?

– Jasne, no bo kto by się na zdrowy rozum palił do takiej podróży w kierunku, który wydaje się jakąś ciemną czeluścią? Dlatego często widzę w kobietach – i w sobie samej – taki ruch zwlekania. Tak jakbym cofała się przed kontaktem ze sobą w obawie, że ktoś tam czeka z pretensjami, bo dawno mnie nie było, nie utrzymywałam kontaktu. Jak z babcią, do której od miesięcy się nie zajechało a teraz ciężko się zebrać. Jakby istniało ryzyko, że czeka z żalem, a może nawet ze złością. Im dłużej się zwlekało, unikało kontaktów ze sobą, tym trudniejsza może być ta podróż. Ale też można na wiele sposobów sobie pomóc – są terapeutki, coachowie, kręgi kobiet, przyjaciółki, partnerzy czy partnerki.

– I kiedy się już tam zajrzy, okaże się, że potwór nie musi być taki straszny, tylko niepotrzebnie go przez te lata karmiliśmy.

– Bardzo lubiłam czytać mojemu synowi Szymkowi wierszyk Doroty Gellner, który brzmiał tak:

Gdy potwór się śni – nie ma rady, wychodzi z najgłębszej szuflady. I nie ma co płakać i szlochać, lecz trzeba potwora pokochać! Pochodzić z nim trochę pod rękę, pożyczyć mu buty, sukienkę, przeczytać mu bajkę lub dwie (no chyba że książkę nam zje). Gdy ryczy nie dziwić się wcale lecz mówić: Ach ryczysz wspaniale! I wołać Potworze! Kochanie! Aż wreszcie sam śnić się przestanie!

I to też jest ta droga, bo nawet z potworami jest możliwy jakiś rodzaj przymierza.

– Bo tym spojrzeniu wstecz może być też całkiem fajnie i miło?

– Widzę to bardziej jako spojrzenie wgłąb swojego życia i siebie samej, a nie wstecz. W tej drodze powrotnej do siebie ważne wydaje mi się też poszukiwanie jasnych przeplotów. Wiele kobiet, które pytam o dzieciństwo, o przeszłość, widzą na tym sitku pamięci same mroczne historie, sprawy najbardziej bolesne, wielkie dramaty. Łatwo zapominamy o chwilach szczęścia, miłości, radości, które też musiały się wydarzyć, nawet w tych najtrudniejszych życiorysach. Piszę o tym w „Przędzy”.

– Dlatego rozdział o Marysi i Rózi zdecydowałaś się zatytułować Love story?

– Mamy ciary, kiedy o nich myślę. Bo to historia matki i córki, przemocy, która trwała latami. Ale w tej historii jest też miłość – jasne przeploty, kiedy mama szyje Marysi sukienkę w białe chmurki, robi gołąbki, daje pieniądze na cukierki.

– I co więcej waży?

– We mnie jest inne pytanie: czy ja mogę zadecydować co więcej waży. W tej opowieści córka, która miała bardzo trudne dzieciństwo pragnie miłości i dostaje ją po latach, kiedy Rózia jest chora na Alzheimera. I to Marysia decyduje, że miłość będzie ważyć więcej niż cierpienie.

– Jeśli trauma może iść przez pokolenia dlaczego nie mogłaby i miłość, cytujesz to zdanie.

– To cytat z serialu „The Affair: i bardzo wierzę, że nie ma powodu dla którego miłość nie mogłaby mieć większej siły podróży przez pokolenia niż ból. Szale się chwieją, ale ufam, że w pierwotnym porządku miłość zawsze jest pierwsza.

– Nie trzeba więc cierpieć by się rozwijać, by iść.

– Nie trzeba żyć bitewnie. I to jest ta siła, którą kiedy ktoś już nazwie, pozwala ruszyć do przodu. Wierzę, że zabawa, rozumiana jako wchodzenie w otwartą, nieprzewidywalną wymianę ze światem, i coś, co w „Przędzy” nazywam lekkodusznością, może być jakością. Uczymy się, że tak zwany rozwój musi iść przez ból i znój, ale zabawa też może okazywać się drogą do wewnętrznej wolności.

– Trzeba się dozobaczyć w całości, objąć?

– To, że trzeba przepracować traumy, nie znaczy, że trzeba cały czas nad sobą harować i ubrudzić się po pachy. Wierzę we wnoszenie zabawy w codzienność. To jest akt terapeutyczny. Kiedy idę na spacer, żeby zobaczyć, co kwitnie, kiedy zatańczę sobie w do jakiejś piosenki, daję informację wewnętrznej strukturze, że świat nie jest tylko polem bitwy, matrycą do wykonywania zadań. Kiedy zerknę przez okno, kiedy zapatrzę się na drzewa, czuję, że coś we mnie się leczy. To są ważne momenty. Bo jeśli mój dzień jest rushmagedonem, to ta wewnętrzna struktura sobie myśli – muszę biec. Jak dziecko, które prawie biegnie, żeby nadążyć za szybko idącym rodzicem. Ale jeśli w ciągu dnia znajdę czas, by zrobić coś, co nazywam lekkodusznością, ona modyfikuje przekonanie, że świat jest poważnym miejscem dla odpowiedzialnych dorosłych, w których dzieci muszą jakoś wytrzymać zaciskając zęby. Dlatego wierzę w wartość codziennych rytuałów, takich jak chociażby to, żeby puścić sobie jakąś fajną piosenkę do mycia zębów czy kiedy jesteśmy w podróży wybrać trochę dłuższą drogę, żeby pojechać wśród pól, a nie autostradą. To są akty przyjaźni ze sobą samą czy sobą samym. Kiedy tak robię, mogę poczuć, że jest mi ze sobą lepiej.

– I zacząć oddychać sobą, bo jak piszesz: Śmierć już się dzieje, kiedy żyję cudze życie.

– No bo gdzie ja jestem, kiedy żyję tylko według cudzych wskazań?

Powiązane wpisy

Komentarze